To już 10 lat blogowania 2011-12-08 18:48:25

Tak, dziś właśnie mija 10 lat od momentu kiedy zacząłem pisać ten dziennik, pamiętnik, wypełniać to miejsce w Sieci. Pamiętam jakby to było wczoraj, jak na piątkowym wykładzie (chyba z psychologii) przeczytałem w "Polityce" artykuł o blogach. To był jakiś impuls do działania, aby zacząć pisać.

Po prostu pisać, tak nie raz od niechcenia, tak czasem o głupotach i rzeczach małoważnych, wzniosłych i przyziemnych, czasem bardziej osobistych. O tym co siedzi mi w głowie. O tym co mnie wkurza, dołuje, o moich stanach ducha. Miłościach, słabościach, lękach, podróżach, muzyce, miejscach i ludziach dla mnie ważnych, o szczęściu i pięknie, które w nas siedzi.

"Przez życie na czas, skrywając wewnątrz historie o prawdziwym ja.
Przez ciszę i wrzask, potykam się, gdy kredką podkreślam swoją niepewność."

(Myslovitz - Srebrna nitka ciszy)

Chyba nie zdawałem sobie wówczas sprawy, co może spowodować to moje pisanie. Nie przypuszczałem wówczas, że przez kolejne 10 lat napiszę 903 notki, do których będzie 5804 komentarzy..., a do tego ktoś z onetu podlinkuje wpis do jednej z mych notek i zaznam 5 minut internetowej sławy (zupełnie mi na niej nie zależy): setki odwiedzin i dziesiątki komentarzy.

Właściwie nie lubię podsumowań. Podsumowania są dobre na koniec, ale ja jeszcze nie kończę tej przygody z blogiem.
Kilka notek podsumowujących już było i jak je czytam, to łezka się w mym oku kręci ;) Wygląda na to, że bardziej parzyste rocznice lubiałem podsumowywać ;)
- 2010 - Strach nabiera mocy i zniewala rozum
- 2008 - rozmowy z cieniem
- 2006 - 5 lat blogowania
- 2004 - notka okolicznościowa
- 2002 - Tort z jedną świeczką czyli rok with blog, wówczas napisałem:

"Pół roku temu zastanawiałem się po co mi ten blog...

Dziś dostałem odpowiedź, podczas jednej z rozmów na gg, od jednej osoby, która jako jedyna zauważyła, że to już rok:
"Po to, żebyś miał gdzie się wypisać a co więcej po to, żebyś mógł przeczytać to co napisałeś, poprawić to i potem znów poczytać i znów poprawić aż ostatecznie popoprawianą notkę przeczytać i zobaczyć co inni na to. Potem ewentualnie skomentować to co powiedzą Ci ludzie. Nauczyć się notki na pamięć, zrobić przeróbkę na blogu i napisać nową."

Coś w tym jest. COŚ jest naprawdę.

Dziś wiem jedno. Bardziej otworzyłem się. Na świat, na ludzi. Odkrywam w sobie człowieka, poznaję wciąż siebie. Myślę, że to dobry sposób dla introwertyków na to by wyrzucić czasem z siebie jakieś myśli, czasem ciężkostrawne. Poznać przy okazji myśli, opinie innych, obserwować reakcje, odbierać różne znaki.

10 lat. Szmat czasu, wiele fajnych momentów, do których można sobie czasem wrócić.

Myślę, że warto pisać blog.


"W życiu piękne są tylko chwile...
Teraz jestem duży
I wiem, że w życiu piękne są tylko chwile"

:)


skomentuj (7)

Zakochałem się 2011-12-05 08:26:00

O tym, że się zakochałem nie będę pisał zbyt wiele i zachowam dla siebie szczegóły. Strzała Amora potrafi trafić znienacka. Gdzieś 19 listopada. Od 20 listopada chodzę 3 metry nad ziemią. Cholera, no zakochałem się i mam straszny chaos w głowie, którego nie miałem już od dawna. Dopiero co trzymaliśmy się za ręce i patrzyliśmy sobie głęboko w oczy, próbując zatrzymać ulotność chwili, a ja wciąż do niej tęsknię. Zrodziło się uczucie. Bardziej dojrzalsze, piękne. Początkowo bałem się, że ta bańka mydlana może w każdej chwili pęknąć, ale z każdą rozmową jej ścianki stają się coraz twadsze, a ona wciaż się unosi. Czuję się najszczęśliwszym facetem na tej planecie, ale teraz już cicho o tym...

Od wczoraj siedzi mi w głowie tylko jedna piękna piosenka.

skomentuj (2)

Listopad 2011-12-05 08:17:39

Listopad już za nami, ale to wyjątkowo dla mnie dobry miesiąc był. Może raz przypomniał mi się kawałek November Rain, gunsów (a wystąpią w czerwcu w Rybniku). Właściwie to nie padało prawie wcale. No, ale po kolei. Z brudnopisu, zapisków coś się wykrystalizowało. Przepraszam za chwilę stagnacji blogowej.

Bytom
Unikający siebie rodzice wyemigrowali do swoich bezpiecznych azyli. Ojciec zaszył się w Bieszczadach, matka wyjechała do Czech. Ostatni weekend października na Śląsku spędziłem głównie z siostrą.
W październiku zlikwidowałem lokatę. Marzenie siostry o samochodzie spełniło się. 17 letni mały samochodzik był brudny jak go zobaczyłem, gdy wyszliśmy z domu w piękny sobotni dzień i podreptaliśmy na parking niedaleko długiego bloku. Zasiadłem za kierownicą i pomknąłem z siostrą na myjnię. Później byłem pasażerem i nieco strofowałem moją siostrę. Może tego bym nie uczynił, gdyby nie zajechała drodze L’ce. Może gdyby zachowywała większe dystanse między poprzedzającymi ją samochodami czułbym się bardziej spokojny. No mniejsza z tym. Ja pewnie 11 lat temu, gdy zasiadłem za kierownicą nie byłem dobrym kierowcą. Musiałem przejechać z 30 tysięcy kilometrów, by czuć się pewniej. Teraz miałem paroletnią przerwę, ale stare nawyki pozostały, podobnie jak ostrożność i spokój. Mam nadzieję, że z czasem młodzieńcza brawura i jej przejdzie.
„Twoja siostra ma dobrego brata” słyszałem parokrotnie. Ja chciałem dać jej tylko tę podobną możliwość, którą ofiarowali mi kiedyś rodzice rezygnując kiedyś ze swoich oszczędności. 19 lat, to wiek gdy wkracza się w dorosłość, a pragnienie posiadania drogiej zabawki bywa nieraz ogromne. Możliwość to dobre określenie.
A gdzie gaśnica? Gdzie apteczka? – zapytałem siostrę, która odpowiedziała wzruszeniem ramion. I tak oto pojechaliśmy do sklepu, by zakupić wszelkie potrzebne akcesoria. Szmaciane dywaniki zastąpiły gumowe. Środek do odmrażania szyb i zamków, płyn do czyszczenia powierzchni szklanych, ręczniki papierowe, kamizelka i gaśnica pojawiły się w pojeździe. Później jeszcze bezpieczniki i apteczka oraz zapasowe żarówki zapewniły komfort psychiczny.
Na groby pojechałem z siostrą. Nerwowe szukanie miejsca postojowego, później rundka po cmentarzach, zapalenie zniczy i nasza tradycja: konsumpcja pierników i kokosanek. Spotkania z rodzinką i spokój. Zobaczyliśmy też Jak wytresować smoka.
Po święcie wszystkich zmarłych do Warszawy wracałem z lokatorem. To był dzień gdy Wrona wylądowała, a z głośnika sączyła się płyta Foster The People. Jedno z czadowych odkryć muzycznych tego roku.

Warszawa
Praca w fabryce zaczęła być bardziej absorbująca. Więcej maili, telefonów, mniej przerw, czyli generalnie zajob. Pędzące miasto, pędzący ludzie i ja w trybikach pędzącego świata. Męczące zakupy i labirynty korytarzy galerii handlowej. Choć gokarty szybkie, męczące, za to dostarczające wrażeń, a zakupy bardzo udane i również męczące.

Bytom
Weekend ze świętem niepodległości w tle również spędzony na południu. Wieczór filmowy u kumpla. Pizza, wino, chipsy, horror i przygoda.
W sobotę zrobiłem sobie wycieczkę samochodem po okolicy i przy okazji odwiedziłem punkt wymiany opon. Puste, boczne, wiejskie drogi, na których można nieco wcisnąć pedał gazu. Ja, samochód, przestrzeń, wolność. Chwila, której mi brakowało.
Wieczorem z siostrą zobaczyłem: Larry Crowne i Made In poland Później wciągnął mnie serial Gra o tron.

Mama przyjechała z Czech, sześciopak dobrego piwa i słodycze przywiozła ze sobą.
Wieczorem z lokatorem, wybraliśmy się do Katowic do kolegi na degustację wódki. Dwie butelki, trzech testerów i rozwialiśmy wątpliwości dotyczące trunku, który miałby być rozlewany na weselu kolegi. Trzech informatyków (kiedyś z jednej firmy) śledzik, chipsy, ogóreczki, pizza, tematy weselne, kobiety, wspomnienia związane z pracą i ludźmi, sprzęt IT. Czasami i tak można spędzić czas.
W niedzielę po wódce nie było śladów, więc wróciliśmy do domów. Jeszcze tego dnia z mamą zobaczyłem czarną komedię pt. Futro.

Warszawa
Praca dom, praca dom i drobne przyjemności. Zacząłem czytać "Starcie królów". Książka G.R.R Martina jest wciągająca strasznie. Po zobaczeniu "Gra o tron" przed oczami mam ten piękny, wykreowany świat i bohaterów. Łatwiej jest sobie wyobrazić postaci i miejsca. W międzyczasie spotkałem się z Maćkiem i jego przyjaciółmi. Dobrze, że wybrałem się na to spotkanie i knajpianą posiadówę. Znajomi znajomych i przy okazji wpadła mi oko kobieta, w której się zadurzyłem od pierwszego spojrzenia. Zmiana lokalu, tańce... Żałowałbym, gdybym nie poszedł do knajpy u Pana Michała w to sobotnie popołudnie, wiedząc, że może mnie spotkać wielkie szczęście i Ją poznam. Spotkałem się też z O. (dzięki wielkie!), która wyciągnęła mnie do kina na 80 milionów, który po "Wszystko co kocham" czy film o Popiełuszce pokazuje czasy komuny, PRL'u, Solidarności...

Poza tym jakoś tak spokojniej, bez większego pośpiechu.

skomentuj (0)

Strona 91 2011-10-30 11:13:30

Miałem sen.
Mieliśmy (ja i inni podobni ludzie, jakoś nie kojarzę nikogo znajomego, wszyscy wydawali się obcy) wykłady z zarządzania przedsiębiorstwem (czy czegoś takiego) z wybitnym profesorem. Siedzieliśmy przy dwóch wielkich stołach-ławach, w sumie bokiem do niego i chyba mnie nieco bolał kark od przekrzywiania głowy. Trochę dziwny rozkład sali, ale jak to w śnie bywa, jest przełamanie standardów i schematów. W pewnym momencie wykładowca spytał, o przychody jakie wypracowała firma X. Nieśmiało podniosłem rękę i odczytałem kilkumilionową liczbę ze strony numer 91 tajemniczego podręcznika, który każdy miał przed sobą, zanim inni siedzący obok ludzie zdążyli ją odnaleźć. Facet miał charyzmę, mógł nas nagle zbesztać z błotem, nakrzyczeć, zrobić pośmiewisko. Już sam fakt, że wytworzył wokół siebie niemal boską aurę sprawiał, że wszyscy posłusznie wykonywaliśmy jego polecenia, ze spokojem, ale i z ciekawością słuchaliśmy tego co mówi. Szacunek do osoby posiadającej wiedzę, szacunek do wiedzy, chęć jej chłonięcia. To było coś. Później byłem w pokoju, w którym poza mną było jeszcze dwóch kolegów z którymi mieszkałem. Pamiętam śmiech. Nie wiem czy śmiali się ze mnie, czy z tego co śmiesznego powiedziałem zrobiłem. Później jeszcze pamiętam, że jechałem rowerem i trafiłem do podziemi jakiegoś dworca, pełnego ciemnych pomieszczeń, które po wybuchu bomb. Przystanąłem przy wejściu do jednego wielkiego pomieszczenia. Zgliszcza, smród, czerń i niewielka ilość wpadającego światła. Ludzie przechodzili obok mnie. Ktoś mnie chyba zlustrował od stóp do głowy (czy wyglądałem na obcego? wiem, dziwnie się czasem ubieram:P) i chyba powiedział, „to po wybuchu tak, jeszcze nie wyremontowali”.

Podświadomość, która podsuwa mi obrazy.
Tak sobie teraz myślę o tym śnie. Skojarzenia, domysły, interpretacje jaki mi się nasuwają. Potrzeby, które przynajmniej w śnie zostały zaspokojne. No dobra, nie wszystkie, ale.

Odpowiedź.
Nie wiem czy to była dobra odpowiedź, której udzieliłem. Wydaje mi się, że tak. W sumie to było małoistotne. Ważna była ta odwaga, na którą udało mi się zdobyć, aby zabrać głos na forum. Nic w sumie znaczącego, ale jednak. Próba przełamania strachu. Ta myśl, co by się stało, gdyby odpowiedź nie była prawidłowa. Gdyby okazało się, że poprawną nie jest. Co stałoby się dalej. Czy prowadzący okazałby swą wyższość, ignorancję i może brak wychowawczego podejścia? Czy wyszedłbym na głupca, czy głośny śmiech rozległby się po sali, a potem mnie wytykano palcami? Wolność od strachu. Potrzeba bezpieczeństwa. „Nie ma głupich pytań, są głupie odpowiedzi”.
Ha ha ha.

Wiedza.
Wczoraj, gdy przejeżdżałem samochodem przez Częstochowę zobaczyłem plakat wyborczy, ze zdjęciem mężczyzny, któremu dałbym co najwyżej 35 lat. Nie zwróciłem uwagi na nazwisko, ale na tytuł profesorski. Może stąd ten profesor w śnie. Chylę czoła. Ustalanie celów, determinacja, sukces. Potrzeba szacunku i uznania.

Grupa.
Rówieśnicy. Koledzy. Potrzeba przynależności. Wokół ludzie podobni do nas. Mieszkający obok, pracujący, stojący obok w kolejce, uśmiechający się w autobusie (jak ta dziewczyna autobusie, która stała obok parę dni temu). Dający nadzieję, dobre słowo, wskazujący nieraz drogę, błądzący, pomocni i znieczuleni, marnujący swój czas, chciwi, zazdrośni, pogardliwie spoglądający, gdzieś się spieszący. Czasem śmiejący się z nas, podkładający kłody pod nogi, drwiący z naszych ułomności, będący blisko, będący daleko, będący jedynie we wspomnieniach, na zdjęciach, na fejsie, w marzeniach i snach.

Rower, ciemność, nowe.
U mnie sezon rowerowy się nie skończył. Tydzień temu w sobotę ubrałem się cieplej i 17km pokonałem po okolicy. Nawet w śnie gdzieś jadę na rowerze. Coś jest na rzeczy, bo w zimie też planuję jeździć. Organizm domaga się więcej. Ciemność. Ten wybuch bardziej kojarzył mi się z WTC, Czarnobylem, czy metrem w Madrycie. A może to Dworzec Centralny w budowie? Fabryczny w Łodzi? Dworce w budowie, Polska w budowie, tak w kontekście ostatnich wyborów. Zakamarki, gdzie diabeł mówi dobranoc. Miejsca, które kiedyś fotografowałem, stare, opuszczone, gdzie ktoś napisał Love na czarnej ścianie białą kredą. Potrzeba samorealizacji. Zgliszcza, na których powstaje coś nowego. Ciemność, z które wyłania sięjasność. Rodzi się nowe.

Strona 91.
„Dopiero gdy każda komórka ciała jest tak bardzo obecna tu i teraz, że aż wibruje życiem, a ty przeżywasz każdą chwilę jako kroplę radości Istnienia, jesteś wyzwolony z czasu.”
Wyczytałem na 91-szej stronie książki, o której wspominałem w miesiącu na L:

Update:
p.s. dziękuję za maile. Nie jestem analitykiem snów.

skomentuj (2)

Tak zwyczajnie 2011-10-22 12:18:14

Dzień, wspomnienie lata, choć wakacje za nami.

Każdy ma w swoim życiu parę wspomnień, z dni pełnych wolności, gdy pełna energii pasja miesza się ze słońcem, beztroską, dobrymi gestami ludzi wokół. Mambę owocową, każdy z nas ma.

Lecz przychodzi jesień i wszystko wpizdu. Mało słońca, deszcz i zimno.

Połykacz czasu i żongler słów. Gdy nie bawi cię już świat zabawek mechanicznych. Umieram patrząc w okno na korytarzu. Zobacz na ile mnie stać. Niewiele ci mogę dać. Mieć czy być. Wszystkie dni jak motyle są, mnóstwo ich. upadamy wtedy, gdy nasze życie przestaje być codziennym zdumieniem. Tęsknota za czymś czego nie ma. Potargane niebo pokazujemy palcami, chodzimy po śródmieściu wciąż myślimy o tym samym. Akurat perfekcyjne Mysłowice, mieszają się z kultowym kombajnem. Znów robię analizę minionych dni. Bilans zysków i strat. Małych radości i smutków. Dołów, wkurwów, stresu, lęku, narzekania, ucieczki w inny świat, kolejnej próby akceptacji siebie, swoich słabości, nietrafnych decyzji, wiary w siebie, wymagań wobec innych, roszczeń otaczających ludzi, przelatujących informacji, przewagi konkurencyjnej.

Co pozostanie w pamięci.
1. Książkę z potęgą w tytule pożyczyłem mamie. W rozmowie telefonicznej słyszałem, czułem efekt, który ta książka wywiera. Niesamowite.

2. Szkolenie z zarządzania firmą. Otworzyło mi oczy. Od pomysłu do realizacji długa droga z przeszkodami. Kwestia dobrego pomysłu. Mój sposób postrzegania wielu spraw i podejścia do biznesu wkroczył na lepsze tory.

3. Warsaw Film Festiwal: Jestem ziemią niczyją (francuski film o szukaniu szczęścia, z pozytywnym zakończeniem), Nawiedzony ciągnik (odjechana historia traktora i jego właścicielki), Firulete (genialny, zaskakujący obraz tancerzy), Atlantica (o latraniku z obsesją),  Naprawić brata (genialna animacja),  Problem Voormana (niesamowity, zaskakujacy film), Te puste ulice (film o próbie pogodzenia się matki z utratą syna, wkraczającego w dorosłość) - czyli ciekawe filmy warte zobaczenia.

4. Playlista.
Green day - Awesone as fuck
Happy Pills - Retrosexual
Lush - Spooky
Pat Metheny - What’s It All About
Piotr Rogucki – Loki - Wizja Dźwięku
R.E.M. - Collapse Into Now
Stone Temple Pilots –Stone Temple Pilots (Deluxe Edition)

5.
Weekend na Śląsku. Po pracy pociąg z ciemnym przedziałem. Trzy godziny do Katowic, z Katowic jadę z siostrą do domu, jeszcze koło 23-ciej przeglądamy oferty samochodów.

W sobotę rano wybieram się do centrum po zasilacz do komputera i do sklepu z odzieżą używaną. Dwie koszule, a oszczędności? Ło matko.

Koło południa odwiedzam ciocię, której kuzyn sprawił niespodziankę – laptopa. Pomajstrować chwilę trzeba było, pokonfigurować, zainstalować Internet mobilny i parę programów, przeprowadzić szybkie szkolenie z obsługi.

Po 14-tej ze znajomym matki jedziemy oglądać wypatrzony samochodzik dla siostry przez pół aglomeracji śląskiej. Na miejscu totalna wtopa. Rozładowany akumulator, unieruchomiony grat, bez ważnego przeglądu. Zdjęcia sprzed paru miesięcy, gdy jeszcze był na chodzie prezentowały się dobrze. Prawda i tak wyjdzie zawsze na jaw. Cóż. Szkoda czasu, paliwa i zaanagażowania.

Po 16-tej w Katowicach odwiedzam sympatycznych ludzi, którym udostępniam lokum. Być landlordem to niełatwa sprawa. Zgłaszają usterki, które będą do wyeliminowania w niedalekiej przyszłości. Widmo kupna nowej pralki i niespodziewanego wydatku krąży jak jakaś czarna złowroga chmura.

Około 18-tej trafiam do kręgielni, gdzie przyjaciele kończą jedną rozgrywkę a ja rozpoczynam pszenicznego piwa konsumpcję. W drugiej rozgrywce udaje mi się osiągnąć nienajgorszy wynik.

Po 20-tej jedziemy do Bytomia do nowootwartej pizzeri, gdzie degustujemy 5 różnych rodzajów tej włoskiej dobroci. Po 22 trafiam do domu w dobrym nastroju kończąc zakręcony dzień pełen niecodziennych zdarzeń.

Niedziela mija leniwie, od wymiany zasilacza w komputerze przez spacer po lesie i pyszny obiad do podróży powrotnej z książką w ręce.

6. Parę filmów
Buddenbrookowie. Dzieje upadku rodziny (interesy, wyrachowanie, ale pieniądze szczęścia nie daja),  Czacha dymi (pokręcona komedyjka na wieczór po ciężkim dniu),  Intymność (ciężki, dołujący film)

A reszta niewypowiedzianych słów trafia do kosza.
Piosenka na dziś, to:

skomentuj (0)

Zadzierzgnięcie 2011-10-04 08:31:20

Wczorajszy dzień będzie kojarzył mi się z wypadem na piwko z O. i tym o to kawałkiem:

 

 


oraz słowiem "zadzierzgnięcie", które (z łac.strangulatio) oznacza termin z zakresu kryminalistyki i medycyny sądowej - specyficzny rodzaj zagardlenia, w którym ucisk na narządy szyi wywiera pętla zaciskana ręcznie przez człowieka. Zadzierzgnięcie jest najczęściej czynem zbrodniczym. Stosunkowo sporadycznie spotyka się samobójstwa popełnione tą metodą.

Gdyby nie koleżanka z pracy, nie wiedziałbym o tym terminie. Jako fabryczny strażnik treści komunikowanej społeczeństwu wybrałem synonim występujący częściej i nie wywołujący efektu zakłopotania, potocznie zwanym z angielskiego WTF.

Tomek i Indianie.

Poza tym dziś śniło mi się, że z jakąś grupą znajomych punkowców, squatersów, wegetaria i innych luzaków pojechaliśmy na jakiś obóz z dala od cywylizacji. Czyli brak toytoy'ów, o ciepłym prysznicu nie wspominając. Lodowata woda ze strumyka i sranie gdzieś w chaszczach. Może gdybym miał około 20 lat, to bym chętniej pojechał na taki obóz, ale teraz, gdy człowiek bardziej się "szanuje" i jest bardziej doświadczony przemyślałbym kwestię parokrotnie i szukał dobrej motywacji. Czasem trzeba zrobić coś na przekór sobie, ale też bez przesady.

W śnie jednak obóz był. Cześć gdzieś udała się na zakupy, a ja z paroma osobami zostałem w oboczie. Trafiliśmy na jakieś wykopaliska. Stare mury dawnej cywilizacji. Pomieszczenia, w których wieki temu może jakieś orgie się odbywały, albo uczty, lub inne harce, hulanki, swawole. Przestawiłem przypadkiem parę cegieł, kamyków i zrobiła się wyrwa w murze, a za nią ścieżka, na której ukazała się dziwna postać. Możnaby rzecz, że indianin, ale jakie to było plemię, ciężko mi było stwierdzić. Do dziś zresztą mam z tym problemy. Trochę się pzrestraszyłem i próbowałem, udrożnić dziurę w murze. Niestety budulec zbyt miękki, nie współpracował z moimi przestarszonymi rękami. Tego samego dnia nas obóz przeżył nalot indian. Broniliśmy się jak mogliśmy, pamiętam, że w szalonym amoku wbiłem nóż w kilka atakujący mnie brązowych ciał odzianych w pióra i skąpe stroje. Jeden nóż z mych rąk, niczym gwiada ninja wbił się centralnie w czoło jednego z nich. Regularna bitwa. Kilku naszych poległo. Od nich sporo też, ale gdy na horyzoncie pojawiły się posiłki, kolejne zastępy ciemnoskróych, nie mielimy najmnijeszych szans i musieliśmy skapitulować. Zależało im na zamurowaniu wyrwy w murze i milczeniu. Chyba mieli już wcześniej do czynienia z wścibskimi papparazzi i naukowcami, więc chcieli pozostać nietykalni w swoim świecie.

Trochę przeraża mnie fakt, że zabiłem w tym śnie kilka osób. Zupełnie przychodziło mi to łatwo, bez dylematów. W obronie własnej, w obronie swojego życia, w obronie życia osób z obozu. Ło matko, co za sen.

Mnie tymczasem przeteleportowało gdzieś do Szwecji. Tam z kolegą wynajmowaliśmy mieszkanie i mieliśmy rozmowę z właścicielką mieszkania. Kompletnie nie wiem o czym, bo się akurat zbudziłem. 

Placki z cukinią i masa innych bezistotnych spraw

Ten ostatni motyw przypomina mi, by zadzwonić do landlorda i poinformować o pliku korespondencji. Ciągle zapominam. A to pora za wczesna, w pracy mi kompletnie z głowy wylatuje, a w domu... pora chyba za późna by dzwonić. Pieprzona prokrestynacja.

Czasami zastanawiam się ile jest wyjątkowych chwil w moim życiu. Ile statystycznie wypada ich w roku. Z czego się cieszę, a co sprawia, że wegetuję w marazmie. Dochodzę do wniosku, że na okres między kolejnymi notkami jest ich dosłownie kilka. W ubiegły wtorek spotkanie z kumplami, w wieczorem piątek ok 30 km rowerem, radość z wypłaty, w ostatnie weekendy szkolenie (nie żebym się cieszył, choć sporo ciekawej wiedzy i kolejny certyfikat, którym chyba sobie podetrę 4 litery). Parę filmów, m.in. I realy hate my job, Penelope, Bezlitośni ludzie, Human nature. Wspomniane spotkanie z O., no i placki ziemniaczane z cukinią, które dziś zabieram do pracy (już widzę ten podziw w oczach koleżanek, którym nie chce się gotować:P).

skomentuj (1)




fotografia ślubna katowice | gabinet kosmetyczny kraków | torby bawełniane

yodel.blog.pl

Księga Gości
Gemius - lider w badaniach Internetu
stat