My name is buka. I live on the second flour... ;)
(kolega miał na opisie na gg, nie mogłem się powstrzymać ;))
Humor mi dopisuje. Choć śniło mi się dziś, że wstałem o 15.30. Jak tak można marnować czas? A potem wydawało mi się, że ktoś otwiera drzwi do mieszkania. No i się zbudziłem prawie zlany potem o tej ósmej rano. Akurat wszyscy lokatorzy gdzieś wybyli na południe polski. Chata wolna na weekend. Rzęzi cicho wiatraczek w kompie i kręgosłup mnie napie... no napadowe bóle pleców mam, ale to mały szczegół. Powinienem iść na basen. Może jutro, a może jakoś w tygodniu. Mam manię przekładania, odkładania na później. Książki rozpoczęte, ale gdzieś tam w połowie czy na początku utknąłem. Sprawy nie do końca załatwione. Wręcz rozgrzebane. Niedokończone przyjemności, przygryzione wargi do krwi. A może to po prostu życie za bardzo w biegu. Myślę o niej. Chyba jestem znów zakochany. A może znów sobie coś uroiłem. Coś mi się w głowie poprzewracało. Te wszystkie znaki werbalne i jeszcze osoby z otoczenia, jakby mówiące „Tomek zakochaj się” i że ta osoba jest tuż obok, na wyciagnięcie ręki. Chcą mnie zeswatać. Układy, uniki, mimiki. Może akt desperacji wiedzie mnie na manowce. Nie myśleć, za dużo nie myśleć. W sumie powinienem zrobić masę rzeczy. Pranie już się zrobiło, na zakupy trzeba pójść. Wziąć się w garść i działać.
W naszym mieście niewiele się dzieje, jest paru kumpli, są przyjaciele.
Są miejsca do których się wraca. I cieszy spacer 50 minutowy nawet przy dużym styczniowym mrozie. I cieszy podchmielona wesoła banda, z którą w jeden weekend urządzamy klabing w Bytomiu, a w kolejny jedziemy w góry by pozjeżdżać na nartach.
Zjechałem z Małego Skrzycznego (1211m) (Szczyrk, Czyrna - trasa 2 i 3), i się nie połamałem, więc jest dobrze. Narty miałem raptem 3 razy w życiu na nogach jakieś 12 lat temu i zjeżdżało z małej górki gdzieś na wsi.
Po drodze jeszcze wieczory urodziny u Anety, Sherlock Holmes u Tricky'ego, Avatar w kinie z Anią.
Notkę i dobry humor zapewnił zespół COMEYAH.
Ja widzę coraz więcej Słońca.
Coraz więcej Słońca wokół mnie.
Ja widzę coraz więcej Słońca.
Coraz więcej Słońca - tego chcę.
(Comeyah - coraz więcej słońca)
Dopadło mnie jakieś przeziębienie. Jak na razie domowe sposoby, połączone z apapem i polopiryną, rutinaceą w końskiej dawce i chlorochinaldin dają pewne efekty. Funduję sobie bombę witaminową, dodatkowo okraszoną miodem, cebulą, czosnkiem i chrzanem. Jeśli do poniedziałku to wszystko nie postawi mnie całkiem na nogi, wybiorę się do lekarza.
Chrum, chrum, na szczęście to nie świńska grypa ;))
Ostatnie tygodnie minęły strasznie szybko. Czas goni i jakoś nie ma kiedy usiąść i napisać notki. Bo albo praca i praca, albo praca i przychodzi do mnie M. Oglądamy filmy, słuchamy reggae i eksperymentujemy w kuchni – naleśniki z mięsem, placki ziemniaczane (extended version) z grzybami i sosem słodko-kwaśnym, albo praca i totalne rozleniwienie. Przyszła jesień, zmiana czasu, mniej światła, ciepłe kluchy, ciepłe kapcie.
"my się nie chcemy bić my się chcemy całować a jeśli bomba to tylko witaminowa a jeśli rewolucja to tylko seksualna a jeśli tęsknota to tylko chwilowa taka na moment na sekundę"
Manifestacja
W międzyczasie byłem dwa razy na Śląsku i spotkałem się ze znajomymi. Przypadkiem w roli fotografa-reportera znalazłem się w Bytomiu podczas protestu przeciwko tworzeniu getta. Nie solidaryzuję się z jakąkolwiek organizacją czy partią polityczną, jednak wyrażał poparcie dla protestu i idei, która mu przyświecała.
Dodatkowo była okazja spotkać się z kuzynem i jego żoną u babci. Rzadko się widujemy, ale można by to zmienić. Z kumplami jak zwykle wypad na coś z procentami. Po drodze była też impreza u Maćka, zakrapiana czystą i dobra pizza.
We wszystkich świętych znów Bytom, stare miejsca, cmentarze i znicze.
"i tam zwykle chichraliśmy się w głos kiedy rosa łaskotała nas po stopach podsadzałem cię wtedy na wiśnię i stamtąd strzelaliśmy do wron a pestki to była nasza broń pestki to była nasza broń a pestki to była nasza broń a dom to schron był nasz bo gdzie było nam tak bezpiecznie jak tam"
Z pamiętników kinomaniaka...
Z filmów, które widziałem w ciągu ostatnich tygodni:
Czas cyganów – po prostu klasyk. Pośmiać się, zrozumieć sytuację, uronić łezkę i powiedzieć: po prostu coś magicznego i pięknego jest w filmach Emira Kusturicy.
Serafina – ciekawa opowieść o malarce, odkrywaniu pasji, pomocy innych, nadziei, niespełnionych marzeniach...
Wojna polsko-ruska – matriksowaty. Takie określenie pojawiało się w recenzjach i trudno się z tym nie zgodzić. Książkę czytałem już parę ładnych lat temu, więc teraz nie mogę napisać zbyt wiele. Na pewno sporo scen odwzorowanych niemalże dokładnie, plastycznie jak to było opisane u Masłowskiej, podobnie sobie niektóre wyobrażałem czytając książkę. Może gdyby nie ten grunt w postaci książki, film wydawałaby się totalnie schizowaty, dziwny, maksymalnie pokręcony, jak dla mnie niezłe kino po prostu wyróżniające się, po prostu inne od reszty polskich smutnych dramatów bez happyendu. Świetna gra aktorska dziewczyn. Rola Borysa po prostu
33 sceny z życia – „to przejmująca i bardzo osobista opowieść o doświadczeniu, jakim jest śmierć bliskiego członka rodziny. O tym jaki ma to wpływ na rodzinę, jak dekonstruuje i bezpowrotnie zmienia życie wszystkich osób”. Smutny film.
Jasne błękitne okna - o przyjaźni, kłamstwie, dzieciach, o życiu, chorobie i śmierci. Momentami śmieszny, zaskakujący, ale także i smutny.
Adrenalina 2 - nie jest to ambitne kino, ale obejrzałem i miałem niezły ubaw po ciężkim tygodniu. Dużo krwi, strzelania i „napierdalania”. Do filmu muzykę napisał Mike Patton z Faith No More.
Next – kolejny film o ratowaniu świata przez superbohatera, który dodatkowo widzi kilka minut z przyszłości i jest w stanie zmienić bieg losu. Można zobaczyć, w ramach odskoczni od wiru pracy.
Niczego nie żałuję – Edith Piaf Ciekawy film biograficzny o Edith Piaf. Trudno się nie zgodzić z jednym z komentarzy na filmwebie: „Dla mnie Edith Piaf to przede wszystkim cudowna kobieta, miała ogromne serce, była bardzo wrażliwa, ufna, skromna miała w sobie tyle miłości do ludzi, świata, muzyki, życia, że trudno to pojąć (szczególnie gdy zna się jej bolesne doświadczenia). (…) imponuje mi jej brak manier i wybuchowość, bo żyła w czasach gdy wszystkie gwiazdy były tak nienaganne że aż sztuczne. Edith była sobą, była ordynarna, dziecinna, była wielką artystką bez kreacji, bez premedytacji.”
Bruno – smutna opowieść o... no własnie o czym? o kolesiu, który nie jest przystosowany do życia w społeczeństwie? Innym, chwilami nieodpowiedzialnym, a może po prostu chorym? Satyra, prześmiewczość, dużo sarkazmu, sporo momentów niesmacznych, czy wręcz obleśnych. Za dużo wibratorów i innych gadżetów, gadania o seksie analnym i mało śmiesznych wstawek, które nudzą i zniechęcają. Z dużą dozą cierpliwości trzeba dotrwać do końca, bo po paru momentach pojawia się pytanie: czy oglądać ten film do końca? Pewne rzeczy można zrozumieć, do pewnych trzeba mieć dystans. Do tego przejaskrawionego filmu trzeba mieć raczej to ostatnie. I nie wnikajmy tu w polską mentalność, poprawność polityczną. Myślę, że film miał wywołać kontrowersje i szok przez co twórcom nabić po prostu kasę. Dziwię się, że Bono i Sting pojawili się w końcowej piosence... hmmm, kasa?
W kolejce do zobaczenia czekają filmy: Rewolucja seksualna, Ptasiek i Woodstock
Muzycznie u mnie ostatnio:
Niestety zmartwię wszystkich szukających informacji, czy analizy pieśni pt. „Pieśń świętojańska o Sobótce” Jana Kochanowskiego, albowiem nic tu na ten temat nie znajdą.
Znajdą natomiast zapiski z podróży, bowiem do tego uroczego miasteczka wybrałem się z koleżanką ze studiów na weekend, powiększony o dzień urlopu. Po pracy w czwartek, szybkim krokiem zmierzałem na centralny, by wsiąść do pociągu byle jakiego. Po 21 dotarłem do domu rodziców. Porozmawiałem z mamą, zjadłem kolację i trzeba było nabrać sił przed kolejnym, aktywnym dniem.
Wczesne wstawanie o 5 rano, prysznic, pakowanie i w drogę. Po szóstej pierwszy autobus, potem kolejny i tak kilka minut po siódmej byłem na dworcu w Katowicach. Kupiłem gazetę, koleżanka pojawił się chwilę potem i już zmierzaliśmy na peron, na który miał podjechać pociąg, którego nie było na tablicy rozkładów. Ciapąg widmo nadjechał, wsiedliśmy, zajęliśmy miejsca. Drogę umiliła pogawędka na temat jak to minęła organizacja tego spontanicznego wyjazdu, szybkie pakowanie i wczesne wstawanie, przyjrzałem się też mapce i poczytałem o lokalnych atrakcjach. Lusi oddała się lekturze książki Paulo Coelho, a ja sięgnąłem jeszcze po tygodnik, by nafaszerować się newsami sprzed paru tygodni.
We Wrocławiu kroki skierowaliśmy w stronę dworca PKS, skąd zabrał nas autobus do Sobótki, oddalonej o ok. 33,5 km od stolicy Dolnego Śląska. W autobusie jechała młodzież licealna, toteż było zabawnie i można by rzec wspomnienie starych czasów, bo „za moich czasów było inaczej”. Nie puszczało się empetrójek z komórek ;)
Po drodze minął szyld z nazwą sklepu „Nic nowego”, z czego mieliśmy ubaw. Niestety nie wiem czy był to sklep spożywczy, czy może antykwariat, ale nazwa była fajna.
Dotarliśmy do Sobótki koło południa, po wyjściu z busa, weszliśmy do Sanktuarium św. Anny Samotrzeciej, później na rynek i do Muzeum Ślężańskiego, w którym oprócz motyli, chrząszczy, wypchanych ssaków, czy ptaków można było poznać historię masywu Ślężańskiego i okolic, a ponadto zwyczaje i kult bóstw ludności zamieszkującej tę część Polski. Do restauracji Biała Dama udaliśmy się na przekąskę. Duża pizza, to było wyzwanie, któremu do końca w dwójkę nie udało się sprostać. Spora dawka tłuszczu i gruba warstwa sera trzymała mnie do późnych godzin wieczornych, dawno się tak nie objadłem. Po wyżerce udaliśmy się do Domu turysty pod Wieżycą, gdzie na całe szczęście był wolny pokój z łazienką. Zostawiliśmy rzeczy i udaliśmy się na Wieżycę. Niestety wieża widokowa na wysokości 415m n.p.m. jest czynna jedynie w soboty i niedziele (w sezonie?) toteż, pocałowaliśmy klamkę, tudzież dwie kłódki przy których duża pajęczyna świadczyła o nie otwieraniu drzwi wejściowych przez dłuższy okres..
Popołudniu zwiedzaliśmy okolicę i znów pochodziliśmy po miasteczku. Po zrobieniu zakupów wróciliśmy do Domu Turysty. Niestety zamiast grzanego wina, podano nam chłodny trunek, co wzbudziło falę szukania dziury w całym i pogorszenie humorów. Jeśli by doliczyć nie do końca poprawnie działającą spłuczkę (na szczęście, po wizycie Piotrka, spłuczki nie są mi straszne), jedynie dwa kanały odbierane przez telewizor, czy kaloryfer włączany na kilka godzin nocnych, ogólne zimno i głośnych sąsiadów z pokoju obok, to można by wyjazd zaliczyć do średnio udanych. Na szczęście, eliminacja tych detali i ogólne pozytywne nastawienie spowodowało, że nie było tak źle.
Następnego dnia zameldowaliśmy się w pensjonacie Pod Jeleniem w miasteczku. Warunki były podobne, ale najgorzej nie było. Trochę taniej, no i w samym centrum. Zostawiliśmy rzeczy w pokoju, przepakowaliśmy się i wyruszyliśmy w trasę. Przyjechaliśmy tu po to by zdobyć Ślężę.
Szczyt udało się zdobyć po przejściu sporego zalesionego odcinka. Parę fotek widokowych i odpoczynek w schronisku, z dodającym energię bigosem i piwem można było udać się w dalszą drogę. Zahaczyliśmy o wieżę widokową, z której widoki byłyby jeszcze lepsze, gdyby nie niebo osnute deszczowymi chmurami, z których co jakiś czas się lało.
Zachciało się nam jeszcze kluczyć parę godzin dodatkowymi szlakami, czarnym i niebieskim, które nie były dokładnie zaznaczone, ale na szczęście nie zgubiliśmy się w pustym lesie. Po zejściu ze szlaku dotarliśmy do Sobótki-Górki, gdzie znajduje się zespół klasztorny z XVI wieku, przebudowany w XIX wieku, obecnie wykorzystywany jako hotel. Tutaj pozwiedzaliśmy komnaty zamkowe i zjedliśmy obiad.
W deszczu przemaszerowaliśmy kilka kilometrów, aby znaleźć się w pensjonacie i odpocząć po całym dniu wędrowania. Orzeźwiający prysznic i pranie zabłoconych spodni, zimne miodowe piwo i telegapienie. Jeszcze wstąpiliśmy do restauracji na drinka i chwilę pogadaliśmy z pracownikami tego gościńca.
Następnego dnia było już tylko pakowanie rzeczy i podróż powrotna. Z Lusi zahaczyliśmy jeszcze o urocze zakątki Wrocławia i wpadliśmy do Sfinksa, aby zaspokoić głód. Jak w Kielcach zaskoczyła mnie wielkość porcji, tak we Wrocławiu przeraziłem się na ilość posiłku zaserwowanego w tej samej cenie. Parę pamiątkowych fot i bieg na pociąg...
Zdjecia z tego udanego weekendu można zobaczyć tutaj.